W tawernach portów na całym świecie spotkać możecie ludzi, których twarze mówią o ich życiu, nawet wtedy, gdy odwykłe od rozmów usta zaciśnięte są w milczeniu. Zorane bruzdami zmarszczek, nękane niezliczonymi sztormami i przypiekane palącym słońcem; niekiedy noszące blizny, o których pochodzeniu nie chcielibyście wiedzieć. Być może będąc o jedną porcję grogu za daleko zagadniecie ich, bądźcie wtedy gotowi na historie, które sprawią, że wasze żyły pokryją się szronem, jak burta kutra w listopadowy poranek, na długo przed wschodem słońca.
Tysiące tych twarzy odbijają się w Gdańsku, jak ołowiane chmury w malachitowej powierzchni morza, na nieskończenie krótki moment przed pierwszą wiosenną błyskawicą. Nikt nie zliczy, ile razy mury tego portu, niegdyś jednego z najwspanialszych na całym świecie, zachlapane były krwią. Krwią mieszczan, Krzyżaków, buntowników i religinych fanatyków.
Wizyta w Gdańsku była dla mnie wspaniałym przeżyciem, zwłaszcza że bez problemu dotarłem do zakątków, które pokazały mi, że wśród stłoczonych wokół wiekowych uliczek nadętych kamienic, bezczelnie rażących blichtrem i przesadnym bogactwem, wśród ogromnych kościołów i pałaców, nadal doświadczyć można prawdziwego piękna.
Na Długim Targu ten obrazek dał mi nadzieję na odnalezienie prawdziwych Perełek Bałtyku.
Jakże piękną i bezpretensjonalną instalację artystyczną skomponować można z kilkunastu cegieł! Goście pobliskiego ogródka z przyjemnością zawieszą na niej wzrok. Bliższa inspekcja przekonała mnie, że Gdańsk jest równie przyjazny czworonogom, co Dźwirzyno.
Pełen nadziei chwyciłem moją ukochaną towarzyszkę mocniej za rękę, udaliśmy się w stronę wyspy, o której dotąd dane mi było tylko czytać.
Wikipedia w manipulatorski sposób przedstawia Wyspę Spichrzów, zamieszczona w artykule o niej fotografia przedstawia budynki dawnych spichrzów odrestaurowane w nudny, przesadnie dostojny i nieprzyjemnie sterylny sposób:
Serce me urosło, gdy zaledwie kilkadziesiąt, może sto metrów od Długiego Targu ujrzałem ten kojący miejski pejzaż:
Wiedziałem już wtedy na pewno, że historia Wolnego Miasta jeszcze długo nie będzie zapomniana. Spichlerze na wyspie zamiast numerów nosiły imiona i nazwy. Steffen, pierwszy przed którym się zatrzymałem, zachował się, jak widać na zdjęciu, przepięknie. Nonszalanckie podejście jego gospodarzy do czystości uradowało mnie, przez krótką chwilę dając wrażenie, że w foliowym worku widzę, zapewne zbiegłą z Helu, fokę:
Nieco razi tabliczka informacyjna, przecież nawet bez niej doskonale wiedzielibyśmy, że mamy do czynienia z pięknym zabytkiem:
Podobnie jest w przypadku "reliktów spichlerza" Woli Łeb. Na szczęście profesjonalnie zainstalowana elektryka, dające poczucie bezpieczeństwa kraty i namalowane, zapewne przez najwybitniejszych przedstawicieli street-artu, graffiti równoważą szpetotę tabliczki:
Piękno Wolego Łba sprawiło, że mój własny nadął się do rozmiarów przynajmniej łba cielaka wchodzącego w okres dojrzewania. Postanowiliśmy wracać.
"Są rzeczy znane i nieznane, a między nimi stoją drzwi". Jim Morrison nie mógłby sobie wyobrazić lepszej ilustracji swoich słów. Przekonajcie się sami, odwiedźcie ulicę Chmielną na Wyspie Spichrzów w Gdańsku, ja nie umiem tego opisać.
W drodze powrotnej zauważyłem coś, co umocniło moją wiarę w estetykę współczesnego marketingu - oto jak Telepizza przepięknie ozdobiła nudną i ponurą kamienicę. Czy można sobie wyobrazić bardziej kreatywny sposób na umieszczenie baneru w tej sytuacji? Cieszę się, że promocje i oferty są tłuczone do głowy tępemu klientowi tak obrazowo i konsekwentnie:
To wszystko na dziś, niestety (a dla Was na szczęście) targany wzruszeniem nie mogę pisać dalej. W następnym odcinku przekonacie się o niepowtarzalnej malowniczości Gdańskiej Mariny, zobaczycie jak wygląda najpiękniejsza tawerna świata, poznacie znakomity kunszt restauratorów - w obu znaczeniach tego słowa.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz